Cholerna marność świata atakuje człowieka zawsze wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewa...
Ot, wydaje się, że powinien być zadowolony z siebie. W końcu udało się osiągnąć coś, co nie jest uznawane za jakieś bardzo powszechne. Ba, można powiedzieć - osiągnąłem sukces. I w tym momencie zjawia się ów demon marności, sącząc w umysł okrutną świadomość tego że może to i nawet sukces, ale cóż on znaczy na tle całej masy porażek, kłamstw i iluzji, które są osnową życia. Bo jakby się tak przyjrzeć to rzeczywiście - nie ma co uznawać tego za jakiś dobry znak. Wszak byłoby jeszcze tyle do zrobienia, że być może lepiej i optymalniej kupić pół litra i zapomnieć o tym wszystkim.
Cholerna marność świata...
Mówią o nas, że zawsze wracamy na miejsce zbrodni. To nieprawda. My nie popełniamy zbrodni. Zbrodnie są dla ludzi działających w afekcie, którzy nie bardzo wiedzą jak się za to zabrać. My po prostu wykonujemy wyroki, nie mamy więc potrzeby, by wracać na miejsce ich wykonania.
A jednak czasami wracamy. Czasem jakaś dziwna siła każe wracać tam, gdzie się nie powinno; każe złamać jedno z Podstawowych Praw. Podobnie jest z tym powrotem. Wróciłem, mimo że nigdy bym się tego nie spodziewał i mimo że nie istnieje żadne racjonalne uzasadnienie tego faktu.
A jednak wróciłem...
Ciężko jest pisać, gdy człowiek, pozbawiony codziennej rutyny, zamiast realizować wszystko to, co miał w planach, ale nie mógł ze względu na brak czasu podczas regularnej pracy, myśli jakby tu w najlepszy sposób wykorzystać wolny czas i nie zmarnować go, co owocuje zwykle nierobieniem niczego połączonym z pasjonującym wpatrywaniem się w sufit. Ale nawet takiej stagnalnej wegetacji nie można ciągnąć w nieskończoność. Czas coś zmienić. Mówię to sobie i mam nadzieję, że uda się tym razem, by na słowach się nie skończyło...
Dziwnie się człowiek czuje, gdy nagle otrzyma taką wolność. Brak konieczności bycia przepisową ilość czasu dostępnym pod telefonem, możliwość zaplanowania sobie czegoś bez marginesu, że mogą zadzwonić i nagrać "sprawę w trybie pilnym" - i cieszy to, i martwi. No bo człowiek się przyzwyczaił. Ostatnie kilka lat marzyłem o tym, żeby się z tych schematów wyzwolić, a kiedy to mam, nie wiem co zrobić z czasem.
Wczoraj wracając z załatwiania kilku spraw w urzędach, spotkałem, Hankę, koleżankę ze szkoły. Taką koleżankę-koleżankę - nigdyśmy nie nawiązali grubszej nici porozumienia, ale także nie byliśmy sobie jakoś szczególnie obcy. Akurat też skądś wracała; zaproponowała wstąpienie do jakiejś kawiarni i pogadanie. Przystałem z ochotą, bo i tak nie miałem sprecyzowanych planów na popołudnie. Po wymianie pytań grzecznościowych, kiedy znów musiałem wymusić z siebie wyznania, że żyję od zamówienia do zamówienia, Hance wzięło się na wspominanie ludzi z klasy. Zawsze byłą plotkarą, czego w niej nie lubiłem.
Szybko wskoczyła na temat Pieroga. Pieróg był osobą dość specyficzną - wyizolowany z klasowej społeczności, bo miał odwagę nie reprezentować sobą typowego konformizmu i odmawiał udziału w imprezach, których nie lubił. Przez to był uważany za dziwaka, często siedział sam gdzieś w rogu klasy. Nie wyglądał jednak na szczególnie nieszczęśliwego, choć jego twarz zawsze była nieprzenikniona.
Hanka generalnie forsowała teorię, podzielaną w czasach szkolnych przez większość dziewczyn, że Pieróg był dziwny. Ale kiedy padło z jej ust, że był nieprzystosowany do życia, przerwałem jej słowotok. W życiu nie widziałem lepiej przystosowanego do życia w tym społeczeństwie człowieka - powiedziałem tylko i poprosiłem o rachunek. Hanka chyba dopisała mnie do listy "dziwnych ludzi", których trzeba będzie obgadać przy okazji jakichś babskich pogaduszek na dość wysokiej pozycji...
W domu będąc, wpisałem nazwisko Pieroga w wyszukiwarkę. Jest teraz wiceprezesem jednej z bardziej obiecujących firm w biznesie elektronicznym...
Nielicho się zdziwiłem, zastając wczoraj wieczorem wepchniętą w drzwi kopertę zawierającą wezwanie do Centrali w trybie pilnym. Zlecenia od jakiegoś czasu otrzymywaliśmy telefonicznie, ani chybi była to więc jakaś grubsza sprawa. Może coś spieprzyłem, a może dadzą mi jakiegoś "młodego" do obserwacji?
"W trybie pilnym" oznacza ni mniej, ni więcej, tylko następnego dnia o 6 rano. Złamałem więc swój zwyczajowy tryb chodzenia spać o 4 i wstawania o 13. Wprawdzie wiele wcześniej pójść spać mi się nie udało, natomiast sukces we wcześniejszym wstawaniu musiał nastąpić i nastąpił. Jadąc autobusem o godzinie 5:20, nie mogłem się nadziwić, że tyle ludzi jeździ o tej porze do pracy. Chce im się?
Aparat autoryzujący, po rozpoznaniu mnie i wpisaniu numeru wezwania, skierował mnie do sali 486. Nigdy tam wcześniej nie byłem i z każdym pokonanym schodkiem w drodze na trzecie piętro, niepokój we mnie wzrastał. Ale w pokoju powitał mnie ten sam Walken, co prawie zawsze, gdy mnie wzywano do czego innego, niż sprawy biurokratyczne.
- Siadaj - szerokim gestem wskazał na fotel. Usiadłem. - Widzisz, przyglądaliśmy się twoim raportom od jakiegoś czasu. Również tobie samemu się przyglądaliśmy, choć mogłeś tego nie odczuć - odczułem, acz myślałem, że to standardowa procedura - i doszliśmy do pewnych wniosków...
No, to mnie wywalą. Koniec. Wątpię, czy teraz znajdę jakąś inną pracę, która będzie mi dawała jakąkolwiek satysfakcje. Choć może nie będę musiał. Czasem opuszczenie szeregów "firmy" odbywa się przez strzał z przyłożenia w tył głowy...
- Jakie to wnioski? - spytałem beznamiętnym tonem, ćwiczonym przecież tyle razy.
- Dostajesz trzy miesiące urlopu. Z możliwością przedłużenia, jeśli będziesz chciał. Jednak musisz wziąć pod uwagę, że o ile za pierwsze trzy miesiące będziesz otrzymywał wypłatę w wysokości 90% miesięcznej pensji uśrednionej na podstawie ostatniego roku, to za kolejne będzie to już tylko 40%. Tak więc... - urwał widząc moją zaskoczoną minę. - Coś nie tak?
- Nie - zaśmiałem się. Napięcie uszło, trzeba było odreagować choćby tym głupkowatym śmiechem. Nad tym jeszcze nie nauczyłem się panować. - Zastanawiam się co takiego się stało. Zwykle urlopy dostaje się po 10 latach.
- Fakt, ty masz za sobą dopiero 4. Ale przyjrzeliśmy się robocie, którą wykonałeś, przeanalizowaliśmy obciążenie psychiczne z tym związane, przeliczyliśmy wszystko... Jesteśmy elastyczni - ukazał szereg białych zębów w iście amerykańskim stylu, nie ujawniając dziąseł.
Dalej podpisałem kilka papierków, uścisnąłem dłoń Walkenowi życzącemu mi powodzenia i wyszedłem z Centrali. Świat zdawał się być w zupełnie innej tonacji kolorystycznej nie tylko dlatego, że w międzyczasie wzeszło już słońce, ale chyba głównie przez zmianę perspektywy patrzącego. "Ech, teraz będę musiał coś zrobić z tym czasem" - spróbowałem zdusić narastający w sobie optymizm. Nieskutecznie. Wróciłem do domu z głową pełną najrozmaitszych planów...
Czy to nie dziwne, że ludzie, z którymi niegdyś spędzało się potężne dawki czasu (typu 50 godzin tygodniowo) nagle po prostu odchodzą. Nie ma ich. Pewnego dnia się budzisz z nagłą myślą, że przecież nawet już dobrze nie pamiętasz jak wyglądają, a co tu dopiero mówić o takich rzeczach jak czy im się wiedzie w życiu, czym się zajmują, z kim się zadają...
Natura nie znosi pustki. Na wolne miejsce pozostawione przez tamtych natychmiast wchodzą następni. Naturalna kolej rzeczy niby. Tylko gdzieś w głębi duszy pozostaje pustka niewypełniona, świadomość niewykorzystanych szans, niewypowiedzianych słów, niedokonanych gestów, nieuregulowanych długów...