Wieczór, ciemno już w każdym razie. Nie patrzę na zegarek - nie chcę. Deszcze kapie zewsząd wrednym wiosennym kapuśniakiem, od którego ani się schronić, anie traktować, jakby go nie było. Naciągam kaptur głębiej na głowę, w miarę jak zagłębiam się w zaułki dzielnicy portowej.
Zlecenie na dziś - wyjątkowo precyzyjne jak na moją prace. Ot, "umówiliśmy cię z gościem na jedenastą na nabrzeżu tym i tym. przyjdź i go zabij." Aż dziwne, takie to proste, nie trzeba nic kombinować. Przyjść, wykonać, ukryć ciało...
Jestem na miejscu. Widzę jakąś postać spoglądającą w toń wody. Przywołuję z pamięci rysopis - zgadza się. Jest więc wcześniej, nie mogło być lepiej. Wolno, złowieszczo wychodzę z pomiędzy kontenerów na śmieci. W ręku opływają potem cztery noże do rzucania. Stres jest zawsze, prawie jak przy pierwszym razie.
Zauważył mnie, rzucam. Trafiam. Przerażenie na szczęście odebrało mu mowę, to oszczędza kłopotów. Na wszelki wypadek poprawiam. Niepotrzebnie. Jeden z noży oślizguje się po ostrzu już wbitego i tonie gdzieś w przybrzeżnej wodzie. Klnę pod nosem. W dodatku nie mogę po prostu wrzucić ciała do basenu - za szybko wypłynie. W końcu zostawiam zwłoki na jakimś nielegalnym śmietnisku. Takich szybko nie przeszukują.
Powrót. Wsiadam do metra. Jakaś dziewczyna uśmiecha się do mnie. Odwzajemniam. Uśmiech numer siedem - zwyczajny, znużony życiem obywatel wracający do domu po wieczorze spędzonym z kumplami na grze w kanastę.
Wieczny fałsz...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
O mnie
Jestem osobą, której zapewne nie chciałbyś spotkać, na temat której masz wiele stereotypów, których nie mam zamiaru obalać, bo w każdym z nich coś jest.
1 komentarze:
Obłudnik.
Prześlij komentarz