Zapiski zabójcy

To nie koniec podróży. Śmierć to tylko kolejna ścieżka, którą wszyscy musimy podążyć.

Żeby zrozumieć tę opowieść, trzeba by się cofnąć pamięcią daleko, daleko w przeszłość. Do czasów początków szkoły średniej. Ach, cóż to były za czasy, gdy wyszło się wreszcie z tej nudnej i dziecinnej podstawówki i mogło przez chwilę mieć złudzenie bycia dorosłym... Nie w tym rzecz jednak.

Ozdobą naszej klasy była Natalia. Fakt to bezdyskusyjny. Jej oryginalna uroda, wyłamująca się schematom, jakie chcieliby utworzyć frenolodzy, każdego z nas rzucała na kolana i co jakiś czas zmuszała do wycia do księżyca. Była jednak zagadkowa i niedostępna, sama chciała dyktować warunki. Wybierać, nie być wybieraną.

Nie wiem, co Natka dostrzegła we mnie. Dość, że któregoś dnia chwyciła mnie za rękę rzucając tylko krótkie "Chodź!" i zaprowadziła mnie na ławkę w parku otaczającym szkołę. Dwie matematyki siedzieliśmy tam, a ona opowiadała mi o swoim życiu, swoich rozterkach i problemach. Od tego czasu staliśmy się sobie bliscy, choć nigdy nie zapłonął między nami ognik miłości. Wiedziałem, że mogę jej zaufać, a ona mogła mi. Zwierzaliśmy się sobie, rozprawialiśmy, wspólnie szukaliśmy rozwiązań. Niemal anamchairde.

Jakiś czas temu jednak kontakt nam się rozluźnił, niemal całkowicie zerwał. Co jakiś czas wymienialiśmy tylko grzecznościowe telefony. "Tak? Cześć, co u ciebie? U mnie też w porządku. No, to się cieszę, mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy." W końcu i to ustało... Smutna kolej losu, spowodowana częściowo tym, że źle się czułem ukrywając przed Natką szczegóły dotyczące mojej profesji.

W opowieści pojawia się też Bolg. Ot, typowy szkolny bandyta. Wymuszenia, haracze znęcanie się nad młodszymi - norma w jego wykonaniu. Zachowywał się tak, jakby był panem wszechświata, bogiem nieomal. I myślę, że w tym własnym autystycznym świecie, który tworzył, naprawdę w to wierzył. Nie wiem, czemu tak na niego mówili.

Nasze drogi zetknęły się raz. Raz, a dobrze. Bolg w gruncie rzeczy sporo wiedział, ale była to wiedza powierzchowna, bez żadnego zrozumienia. Szpanował bogatym słownictwem. W dodatku miał taki sposób bycia, że nawet gdy ewidentnie kompletnie nic nie wiedział, nauczyciel egzaminujący go pod tablicą zaczynał mieć wątpliwości, czy to może on sam nie jest niedouczony. Sprzątnąłem Bolgowi stypendium sprzed nosa. Na pewno jemu się nie należało - czy mi? Kwestia sporna. Dość, że zaczęło się szykanowanie, groźby, anonimowe listy itp.

Postanowiłem się nie przejmować. Bolg wkrótce wyleciał ze szkoły, nie wiem nawet za co, ale mnie to absolutnie nie dziwi. Tak się nasze szlaki rozeszły. Miałem nadzieję, że na zawsze.

Tym większe było moje... no właśnie. Moje co? Zdumienie? Przerażenie? Zaskoczenie? Mój znajomy, ksywa Fotograf, doskonały snajper, miał kogoś zdjąć w dzielnicy fabrycznej. Siedział na dachu przegryzając słonecznik, gdy nagle zobaczył coś, co tak go rozbiło, że złożył sprzęt i wrócił, raportując, że cel nie pojawił się. Wcześniej jednak przez lunetę snajperki zrobił zdjęcie i przesłał je do mnie...

W "Operze za trzy grosze" Mack był dla mnie zawsze postacią pozytywną. I zamieszczenie cytatu takiego, a nie innego, nie zgadza się z tym poglądem. Ale on jako pierwszy przyszedł mi do głowy.

From a tug boat down by the river don't you know
With cement bag just droopin' on down
Oh that cement is just, it's there for the weight, dear
Five'll get you ten old Mackie's back in town

Na zdjęciu Bolg pod rękę z Natką rozmawia z jednym z mafijnych bossów miasta. Jestem kompletnie rozbity psychicznie...

0 komentarze:

Prześlij komentarz