Czas obiadu nadszedł zupełnie niespodziewanie. Ledwo zdążyłem wstać, pomyśleć co mamy dziś za dzień, co powinienem w związku z tym zrobić, a tu już zegar w kuchni świeci mi po oczach godziną 14:45...
Dni upływają, jakby ich nie było. Każdy podobny do poprzedniego, więc z indukcyjną precyzją można założyć, że również do następnego. Podsumowanie każdego z nich przed snem byłoby żałośnie nietreściwe, tragicznie zdawkowe i tylko pogłębiające nihilizm i myśli przezeń prowokowane.
Ot, żeby tak poddać się prądowi rzeki. Płynąć. Patrzeć na inne ciała targane nurtem do nieznanego ujścia. Poddawać się masażowi katarakt. Dać się oślepić słońcu padającemu niemal prostopadle na niespokojną taflę wody i wzbudzającego miriady refleksów wściekle atakujących oczy. Przyglądać się kształtom chmur, imaginować co one przedstawiają. W nocy spać, ufając że rzeka sama się zatroszczy o bezpieczne przeniesienie swojego bagażu do celu.
Czy to nie kusząca wizja?
Ale nie, trzeba stać w poprzek. Kontrolować własne życie. Trzymać się w ryzach. Czynić wysiłki... Nikt nie mówił, że będzie lekko.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
O mnie
Jestem osobą, której zapewne nie chciałbyś spotkać, na temat której masz wiele stereotypów, których nie mam zamiaru obalać, bo w każdym z nich coś jest.
2 komentarze:
Nowe zlecenie?
zawiało francuszczyzną ^.^
'nobody said it was easy' jak śpiewa Coldplay.
Prześlij komentarz